Kultura picia herbaty w PRL-u

W czasach PRL-u – epoce „jedynie słusznego ustroju” – herbata towarzyszyła Polakom na każdym kroku. Pito ją o każdej porze dnia i do wszystkich posiłków. Rano do śniadania, po południu do obiadu, wieczorem przy kolacji – kubek lub szklanka gorącej herbaty była codziennym rytuałem. Co ciekawe, w tamtych latach mało kto pił zwykłą wodę – z kranu leciała niezbyt smaczna „kranówa”, a w sklepach poza gazowaną wodą mineralną niewiele było do wyboru. Nic dziwnego, że herbata stała się podstawowym napojem gaszącym pragnienie i pretekstem do spotkań towarzyskich.


Parzenie herbaty po PRL-owsku – esencja i „parzenie trzy razy”

Parzenie herbaty w PRL-u było nieco inne niż dzisiaj. Standardem było zaparzanie liści w czajniczku porcelanowym lub emaliowanym. Wsypywało się kilka łyżeczek herbacianego suszu i zalewało wrzątkiem, tworząc tzw. esencję. Taka esencja – czyli bardzo mocny napar – stawała na stole obok czajnika z gorącą wodą. Następnie nalewało się odrobinę esencji (zwykle na dno szklanki, ok. 1/5 wysokości) i dopełniało wrzątkiem. Dzięki temu z jednej porcji liści można było przygotować kilka szklanek herbaty dla całej rodziny. W oszczędniejszych domach dolewano wodę do czajniczka kilka razy – mówiono żartobliwie o „parzeniu trzy razy”. Ostatnie zalanie fusów dawało blady, słomkowy kolor napoju.

Ponieważ jakość herbat bywała dyskusyjna, Polacy mieli swoje sposoby na poprawę smaku. Cukier był obowiązkowy – niemal wszyscy słodzili herbatę, nieraz sowicie. W eleganckich domach podawano cukier w kostkach wraz ze szczypczykami, a w zwykłych kuchniach królował cukier sypany łyżeczką. Gdy udało się zdobyć cytrynę (co w latach 80. graniczyło z cudem), plasterek dodany do szklanki był prawdziwym rarytasem. W zimie czasem dolewano do herbaty odrobinę soku malinowego dla rozgrzania – albo nawet kropelkę czegoś mocniejszego, tworząc tzw. herbatę z prądem. Ci, którzy lubili naprawdę mocne doznania, parzyli tzw. „siekierę” – herbatę tak mocną, że łyżeczka stawała w niej na sztorc. Inni z kolei, chcąc oszczędzić na deficytowym suszu, suszyli zużyte liście na kaloryferze, by zaparzyć je ponownie kolejnego dnia – choć smak takiej recyklingowej herbaty pozostawiał wiele do życzenia.


Szklanka, koszyczek i kultowe akcesoria

Herbata w PRL-u nieodłącznie kojarzy się ze szklanką w metalowym koszyczku. W domach rzadko używano porcelanowych filiżanek – te pojawiały się co najwyżej w ekskluzywnych kawiarniach albo hotelach w stylu przedwojennym. Na co dzień królowały zwykłe szklanki, stawiane na spodkach. Metalowy koszyczek (zwany też podstakannikiem) lub specjalny uchwyt chronił palce przed poparzeniem i dodawał uroku całemu rytuałowi. Co sprytniejsze gospodynie robiły własne koszyczki: szydełkowane ocieplacze na szklanki czy plecione osłonki z drutu były dumą pani domu.

Innym kultowym elementem była musztardówka, czyli szklanka po musztardzie. Ponieważ szkło bywało towarem na wagę złota, puste słoiki i szklaneczki po musztardzie często pełniły rolę szklanek do herbaty w mniej zamożnych domach. W latach 70. modne stało się też serwowanie herbaty w grubościennych szklankach typu „whisky”.


Herbata – napój gościnności i życia codziennego

Herbata w PRL-u pełniła ważną rolę społeczną. Była synonimem gościnności – gdy wpadał gość, pytanie „Herbaty czy kawy?” było czystą grzecznością, ale wszyscy wiedzieli, że herbata jest oczywistym wyborem. W biurach i fabrykach popularne były przerwy na herbatę – zamiast brytyjskiej „five o’clock tea” był polski kubek herbaty w pracy, często pity pospiesznie gdzieś w kąciku socjalnym.


Dostępność herbat – od „Plujki” po Ulung

Choć herbata była wszechobecna, wybór gatunków w PRL-u nie rozpieszczał. Sklepy oferowały zaledwie kilka rodzajów, najczęściej czarne herbaty importowane z krajów zaprzyjaźnionych. Oto najpopularniejsze herbaty tamtych lat:

  • Herbata Popularna – nazwa brzmiała dumnie, ale w rzeczywistości była to najtańsza mieszanka herbacianych odpadów. Sprzedawana luzem w papierowych torebkach, uchodziła za napój ostatniej kategorii. Fusy z „Popularnej” nie chciały opadać na dno, przez co na taką herbatę mówiono potocznie „plujka”, bo pijąc łatwo było się „zakrztusić fusami”.
  • Herbata Gruzińska – pochodziła z radzieckiej Gruzji. Importowano ją często w ramach barteru (Polska dostawała herbatę, w zamian wysyłała np. maszyny czy węgiel)​. Niestety, gruzińska herbata dorobiła się fatalnej sławy – wiele osób pamiętających PRL do dziś kręci nosem na hasło „herbata gruzińska”, wspominając jej cierpki, ziemisty smak i pokruszone listki​.
  • Yunnan – jedna z lepszych herbat w PRL-u, mocna i aromatyczna.
  • Ulung (Oolong) – dziś znany jako szlachetna herbata półfermentowana, w PRL-u był po prostu kolejnym gatunkiem na półce​. Nie wszyscy go doceniali – być może ze względu na obco brzmiącą nazwę – ale ci, którzy go pili, chwalili sobie jego łagodny, aromatyczny napar. Co ciekawe, w okresie największych braków na półkach (schyłek lat 80.), herbata Ulung była jedną z nielicznych, które w sklepach można było jeszcze dostać – obok niesławnego octu​… To wiele mówi o tamtych realiach!
  • Madras – pakowana w charakterystyczne czerwone opakowanie z motywem słonia lub świątyni​. Była mieszanką herbat cejlońskich i indyjskich. Uchodziła za aromatyczną i całkiem dobrą – na tyle, na ile pozwalała jakość importu. Na opakowaniu drukowano nawet instrukcję zaparzania, co w PRL-u było rzadkością i dodawało jej egzotyki​.

Sentyment do herbaty z PRL

Choć dziś możemy przebierać w dziesiątkach gatunków herbat z całego świata, wiele osób z nutką nostalgii wspomina herbaciane zwyczaje PRL-u. Smak słodkiej herbaty z cytryną wypitej u babci, widok szklanek w koszyczkach ustawionych na kredensie, rytuał zalewania esencji wrzątkiem – to wszystko stało się częścią wspomnień pokolenia naszych rodziców i dziadków. PRL-owska herbata może nie była najlepsza, ale miała w sobie coś więcej niż liście: łączyła ludzi w trudnych czasach, dawała chwilę wytchnienia i namiastkę normalności.